Facebook

Jestem na detoksie

Przez w Lut 13, 2015 w Moja uroda | 0 komentarzy

Idzie wiosna, mamy luty, a to już bardzo blisko do lata, czyli sezonu bikini. Jak wiele milionów kobiet na całym świecie już zaczęło mi to spędzać sen z powiek. I podobnie jak te miliony postanowiłam coś zrobić ze swoimi nadmiernymi krągłościami. Przyszedł czas na dietę. Ale spokojnie. Nie taką totalną czyli NNŻ (dla niewtajemniczonych – Niczego Nie Żrę). Nie będę jak moje znajome jadła brzoskwini na śniadanie, kawy na drugie śniadanie, garstki orzechów na obiad i sałaty na kolację. Mam jeszcze trochę zdrowego rozsądku. Efekt jojo już przerabiałam i nie polubiliśmy się wcale. Postanowiłam spróbować profesjonalnej diety zamówionej u dietetyka. Wybrałam opcję 4 posiłków, które mam spożywać w równych odstępach czasu. Jem więc na przykład kanapki z twarożkiem i pomarańczą na śniadanie, koktajl na drugie, kaszę z warzywami na obiad i sałatkę z tuńczykiem na kolację. Muszę przyznać, że jest naprawdę smacznie. I co ciekawe – prawie w ogóle nie używam soli kuchennej. To jest dla mnie naprawdę niemałe wyzwanie, bo dotychczas soliłam nawet mleko z płatkami. Teraz sól zastępują mi zioła – pieprz ziołowy, zioła prowansalskie, chilli. Warzywa gotuję na parze, dzięki czemu zachowują swój smak. I wiecie co? Są naprawdę smaczne. Nie myślę nawet o tym, by je dosalać. Czytałam kiedyś, że jeśli mocno ograniczy się sól kuchenną w diecie, to z czasem zaczyna się inaczej odczuwać smaki. Sól i cukier skutecznie odbierają nam zmysł smaku. A tu okazuje się, że warzywa i owoce mają same w sobie smak, jakiego potrzebujemy. Naprawdę nie ma potrzeby faszerowania się dodatkowo intensywnymi smakami. Mam wrażenie, że oprócz spadku wagi zyskuję zupełnie nowe kubki smakowe. Nie spodziewałam się tego w ogóle. Podejrzewam, że naturalnie odrzucę słodycze po diecie – będą po prostu za słodkie! źródło obrazka:...

Kto będzie moją Walentynką?

Przez w Lut 12, 2015 w Moje hobby | 0 komentarzy

Wygląda na to, że Walentynki spędzę z kotem, na kanapie, z chrupakami, winem i stosem filmów do obejrzenia. No taki mój los, rycerz na białym koniu coś olewa sobie sprawę. Więc w ramach nieco depresyjnego pocieszenia postanowiłam poszukać sobie prezentów walentynkowych, które chciałabym, aby ktoś mi podarował. Ktoś – oczywiście mój drogi Luby. Kiedyś spisywałam swoje marzenia na kartce i wieszałam je w widocznym miejscu – żeby po kolei je spełniać. Albo przynajmniej o nich marzyć. Teraz takie katalogi marzeń istnieją wirtualnie. Dziesiątki odjechanych pomysłów na prezenty z okazji każdej okazji. Raj w sieci. No i się złapałam na smęceniu przed ekranem i wybieraniu kolejno walentynkowych propozycji (http://www.katalogmarzen.pl/pl/k/prezent-na-walentynki). Voucher do Spa i masaż gorącymi kamieniami, kurs tańca na rurze czy masaż czekoladowy albo taki aerotunel, w którym można sobie swobodnie polatać. Kurczę, to naprawdę brzmi ciekawie. Rozwaliła mnie nauka garncarstwa dla dwojga – ktoś realizuje marzenie o lepieniu garnków z Patrickiem Swayze albo Demi Moore (jak w filmie „Uwierz w ducha”). Ja jeszcze chętnie skorzystałabym z kursu burleski, czyli tańca musicalowego czy warsztatów tworzenia czekoladek. Albo kursu gotowania czy tworzenia biżuterii. Tak się nakręciłam na te wszystkie atrakcje, że chyba sobie jakąś zafunduję. Będę sama dla siebie Walentynką. Albo udam, że to od Czarka – mojego futrzaka. W sumie czemu mam smęcić w domu jeśli jest tyle opcji na fajne spędzenie czasu, wieczorów, życia. Podejrzewam, że nie jestem jedyną, która rozważa kupienie takiego prezentu samej sobie. Oj tam, raz się żyje 😉 źródło obrazka:...

Ratunku!

Przez w Lut 10, 2015 w Moja uroda | 0 komentarzy

Wspominałam już, że mam przechlapane mając delikatną, atopową skórę? Chyba wspominałam… Niestety, wieczna skóra niemowlaka. Pielęgnacja skóry wrażliwej to koszmar. O ile znalazłam dla siebie już balsam do ciała – zresztą dla niemowlaków właśnie, o tyle mam nadal problem z kremem do twarzy. Powinnam już zacząć stosować kremy delikatnie przeciwzmarszczkowe, poprawiające koloryt skóry, napinające ją i ujędrniające. Niestety kremy takie mają zazwyczaj kilometrowy skład i masę syfu – oleje mineralne, silikony, konserwanty, parabeny. Taki standard. Nie mówiąc o tym, że duża część z nich po prostu nie działa tak, jak powinna. Jak się okazuje nawet te najdroższe zawierają mało substancji czynnych. Więc my się nacieramy w nadziei na cud, a one tylko pogarszają kondycję naszej skóry. Przeczytałam nie tak dawno, że jednym z najlepszych kremów przeciwzmarszczkowych na rynku jest jeden z takich zwykłych sprzedawanych w sieci supermarketów. Ma zawierać więcej substancji czynnych niż markowe i mega drogie kremy dostępne wyłącznie w ekskluzywnych drogeriach. Ciekawe, prawda? Ja jednak muszę szukać nie tyle skutecznie działających kremów na zmarszczki, co odpowiednio delikatnych dla mojej skóry. Po wielu sterach okazało się, że całą masa balsamów do ciała, które miały zdziałać cuda i pachniały przy tym jak drogeria w południe, tylko wywołały u mnie podrażnienia. Dlatego zdecydowałam się na mleczko dla dzieci Nivea. Dopiero ono uspokoiło mi skórę. Tylko nie ma kremów przeciwzmarszczkowych dla dzieci. W sumie gdyby były, to byłabym mocno zdziwiona i pewnie stwierdziłabym, że świat oszalał… Więc generalnie mam problem L Już nawet wynalazłam jakąś miksturę ze ślimaka. Podobno skuteczną i delikatną. Aż się boję. Testy przede mną. Oby ślimak nie zabił mi cery. źródło obrazka:...

Dopadło mnie!

Przez w Lut 8, 2015 w Moja uroda | 0 komentarzy

Leżę i umieram. Albo umieram leżąc. Jak kiedyś twierdziłam, że nienawidzę zimy i wolę wiosnę – bo jest tak fajnie ciepło i śniegu nie ma, mrozu. Tak teraz muszę przyznać – chcę zimy, uwielbiam zimę, wprost tęsknię za nią i za temperaturami rzędu minus 20. Dopadł mnie jakiś wirus – zabójca. Doprowadził do 38 stopni gorączki, zakatarzył, włączył ból głowy i upiorny kaszel. Ten, którego nienawidzę najbardziej – z zalegającą wydzieliną, mokry, taki, którego powinnam wykrztuszać ale jako że jest to dla mnie czynność obleśna, to wyksztusić nie mogę. Dramat. Jedyne co mi pozostało to picie hektolitrów herbaty z cytryną, leżakowanie pod kocem, nadrabianie seriali i filmów oraz przeklikiwanie setek pinów na Pintereście. Hmm, w sumie opis nie brzmi tak tragicznie jak ja się faktycznie czuję. Zapewne wiele osób chciałoby się teraz znaleźć na moim miejscu. Pewnie byliby mądrzejsi i kupiliby sobie jakiś skuteczny syrop na kaszel. Ja to pewnie zrobię kiedy już będę mogła się ruszyć dalej niż do kuchni. Ale wracając do zimy. Muszę przyznać, że te upierdliwe trzaskające mrozy, które zmuszały mnie do ubierania się w warstwy ciuchów miał sens – wytruwały wirusy. A ta mamy względnie ciepło, szaro, błotniście i chorobowo. Ja dziękuję za taką zimę. Wolę już przecierpieć te 3-4 miesiące w dodatkowych rajstopach pod jeansami i koszulką na podkoszulce, pod swetrem. Ale na nogach i bez jeziora sączącego się z nosa. Nawet kotu udzielił się mój nastrój. Czarek chodzi i smęci po kątach. Zaczynam się obawiać, ze złapał kocią depresję. Oby do wiosny… źródło obrazka:...

Kot, który znalazł sobie człowieka

Przez w Lut 6, 2015 w Moje hobby | 0 komentarzy

Mam kota. Nie że bzika, nie, futrzaka mam, dachowca, czyli wcale nie rasowego futerkowca. Ma na imię Czarek. Tak, jest czarny. Właściwie to on ma mnie. Dlaczego tak twierdzę? Bo ja – człowiek robię co on – kot sobie życzy. Drapię go tam, gdzie chce, układam nogi tak, by mógł łaskawie wskoczyć, umościć się, wymruczeć mi arię i zalegiwać godzinę i dłużej nie pozwalając mi zmienić pozycji. Do tego nocne deptanie po kołdrze, wwalanie się na poduszkę, łapkowanie świeżo wytartej podłogi i zawodzenie pod drzwiami kiedy kuweta jest brudna. Tak, uwielbiam go. Moje życie byłoby niepełne, gdybym go nie miała. Prawda jest taka, że naprawdę przywykłam do jego obecności. Sprawia, że nie czuję się taka samotna. Możemy oglądać razem telewizję, posypiać się przed telewizorem i smuć się smętnie po mieszkaniu w długie deszczowe dni. I podjadać… Bo kot nie zapyta dlaczego objadasz się po nocy, kot zrozumie i będzie jadł z nami 😉 Kiedy go dostałam robiłam wywiad w sklepach z karmami i wśród weterynarzy odnośnie najlepszych kocich karm(np. tej). Od malucha karmiłam go takimi, które były dopasowane do jego wieku, wagi i aktywności. Więc zaczęłam od opcji dla kociaków, przez tę dla mało aktywnych kastratów po taką dla lekko puszystych kastratów. Jednak jak sobie pomyślę, że mogłabym jeść ciągle to samo, bez żadnego urozmaicania, to robi mi się naprawdę go żal. Dlatego co pewien czas kupuję mu coś pysznego. Niech chłopak ma coś z życia. Ostatnio padło na pyszności z karty Gourmet. To trwało chwilę – było jedzenie, nie ma jedzenia. Muszę przyznać, że Czarek przeszedł sam siebie. Wiem już, że mamy podobne podejście – nie pozwalamy rzeczom pysznym leżeć zbyt długo 😉 źródło obrazka:...