Facebook

Jak nie zanudzić się w autobusie

Przez w Sty 31, 2015 w Moje hobby | 0 komentarzy

Każdego niemalże dnia spędzam w autobusie prawie godzinę. Wielu z Was zapewne powie, że to niewiele, bo można w środkach publicznej komunikacji spędzać i trzy godziny dziennie. Wiem, niektórzy mają przewalone. Jeśli jednak trzeba już jakoś wytrwać w autobusie/tramwaju/metrze/pociągu ten masakrycznie długi czas każdego dnia, to warto się jakoś zabezpieczyć. Co możemy wtedy robić? Słuchać muzyki – to chyba najprostsze rozwiązanie. Jeśli bateria w naszym smartfonie jest wystarczająco wytrzymała możemy odtwarzać z niego muzykę dość długo – ułożone wcześniej playlisty albo radio internetowe. Fajnie jest jednak mieć dodatkowo jakiś odtwarzacz MP3. Osobiście polecam Ipoda – oprócz tego, że fajnie wygląda, to ma naprawdę wytrzymałą baterię i wygodnie się go obsługuje. Słuchanie audiobooków – opcja dla tych, którym niewygodnie czytać książki albo po prostu są leniuchami. Tak czy inaczej – świetne rozwiązanie dla tych, którzy chcą i lubią czytać. Czytanie książek – czasy, w których jedyną opcją było wożenie ze sobą grubych tomiszczy odeszły w niepamięć. Teraz bardzo wielu czytelników używa czytników ebooków. Najpopularniejszym i najlepszym z nich jest Kindle Amazona. Jednak znajdziemy bardzo wiele rodzajów w różnych cenach, bo Kindle do najtańszych nie należy. Takie urządzenie jest niesamowicie wygodne – małe, nie wymaga ciągłego ładowania, mieści w sobie całą masę ebooków i jest lekkie – co jest naprawdę ważne dla każdej kobiety, która musi mieć w torebce milion innych niezbędnych rzeczy, które sprawiają, że torebka jest już nieco ciężka. Jeśli chcemy mieć jedno urządzenie, dzięki któremu ogarniemy wszystkie te czynności, a nawet będziemy je ze sobą łączyć, to najlepszą opcją jest zaopatrzenie się w tablet 😉 Mały, lekki, wydajny i koniecznie z WiFi – dzięki temu posłuchamy ulubionej muzyki czytając książkę albo posłuchamy audiobooka przeglądając Facebooka...

Najlepiej jest w parce

Przez w Sty 29, 2015 w Moja moda | 0 komentarzy

Nie będzie to kolejny tekst o byciu razem. Będzie bowiem o kurteczce, ale nie byle jakiej, bo o mojej pięknej nowej parce. Ten rodzaj okrycia ma swoją długą historię. Szukając idealnego modelu dla siebie i wpisując „parka” w wyszukiwarkę trafiłam na zdjęcia jakiejś mongolskiej rodziny z początku XX wieku. Ich wersje parek zrobione były ze skór ale posiadały 2 podstawowe cechy charakterystyczne – były długie i miały kaptury z futerkiem. To gwarantuje ciepełko podczas mrozów. Jednak nie wszyscy chcą z tej przyjemności korzystać. Zauważyłam, że gimnazjalistki koniecznie muszą nosić parki rozpięte, do tego bez czapki, bez względu na to jak duży jest akurat mróz. Bo tak trzeba. Ja nie zamierzam okazywać takiej głupoty. Jestem zbyt dużym zmarzluchem żeby ulegać tej bezsensownej modzie. Moja parka ma podszewkę z miśkiem, odpowiednią długość i oczywiście kaptur z futerkiem. Zamierzam wreszcie przestać marznąć. Do tej pory eksperymentowałam z różnymi płaszczykami i kurtkami, które albo były za cienkie albo za krótkie albo za cienkie i za krótkie jednocześnie. Nie dane mi było poczuć komfortu podczas bardziej mroźnych dni. Na szczęście w tym roku zima jest dla nas wyjątkowo łaskawa i nie muszę zakładać aż tak wielu warstw ubrań jak w roku ubiegłym ale takiego ubierania się na cebulkę naprawdę nie cierpię więc z radością otworzę przesyłkę z moją wymarzoną ciepłą i piękną granatową kurtką, aby następnego dnia założyć lżejsze ubranie pod spód. Chyba się starzeję, bo chłód jest dla mnie coraz większym problemem. Swoją drogą podziwiam wszystkie starsze panie, które konsekwentnie ubierają się w swoje niezniszczalne futra – od jesieni do wiosny. Do tego nigdy nie zdejmują czapek, a konkretnie wielkich beretów, no nigdy. To jest dla mnie fenomen – kawiarnia, ciepełko, gorąca kawa i pani w wielkiej czapie. Może dane mi będzie zrozumieć za kilkadziesiąt lat. Oby...

Babskie Walentynki

Przez w Sty 27, 2015 w Moje hobby | 0 komentarzy

Walentynki zbliżają się wielkimi krokami, ogromnymi nawet. Ze swoją słodyczą, cukierowatą i kiczowatą stylistyką i milionami propozycji dla zakochanych, chcących być zakochanymi, będących kiedyś nieszczęśliwie zakochanymi i tęskniących za tym stanem. Generalnie jest już słitaśnie na każdym kroku. Nawet w moim ulubionym spożywczaku pojawiły się ciastka w kształcie serduszek. Chyba największym wydarzeniem związanym z tym dniem jest premiera ekranizacji bestsellera dla mamusiek „50 twarzy Greya”. Od kilku miesięcy marketingowcy starają się jak najlepiej podgrzać atmosferę przed premierą i muszę przyznać, że całkiem nieźle im się to udaje. Trailery, zdjęcia z planu, wywiady z odtwórcami głównych ról czy w końcu informacje o konieczności powtórzenia scen łóżkowych – bo nie były wystarczająco „gorące”. No i w rezultacie mamy przedsprzedaż biletów jeszcze w styczniu i wydarzenia na Facebooku łączące tysiące fanek oczekujących na pierwsze seanse w kinach. A ja nie mam ochoty się gnieździć w dusznej atmosferze podnieconych pań w średnim wieku. Wolę zostać w domu, zaopatrzona w jakieś pięknie pyszne pralinki, ulubione komedie romantyczne i ewentualnie książkę, no i może wino. Wystarczy. Na pocieszenie może po raz kolejny sięgnę do „Dziennika Bridget Jones” i spędzę swoje babskie walentynki totalnie na luzie. Na pewno bez słitaśnych gadżetów i przesadnych ceregieli. Podejrzewam, że wiele dziewczyn zrobi to samo. Nawet tych, które nie są samotne. Ciągnięcie faceta do zatłoczonej restauracji pełnej obściskujących się par nie jest fajnym pomysłem na spędzenie miło wieczoru. Jeśli już ma być restauracja, to lepiej zaczekać, aż przejdzie walentynkowa fala i będzie można w cieszy i spokoju porozmawiać jedząc ulubione potrawy. źródło...

Moje dziecięce potrzeby

Przez w Sty 23, 2015 w Moja uroda | 0 komentarzy

Mam trudną skórę. Zanieczyszczone środowisko, w którym się wychowywałam, odcisnęło piętno na mojej skórze, która jest bardzo wrażliwa, atopowa. W praktyce oznacza to ciągłe przesuszenie i podrażnienia. Koszmar zwłaszcza zimą, kiedy kaloryfery i klimatyzacja wysuszają powietrze na maxa. Dlatego szukam kosmetyków ratunkowych. Najczęściej wybór pada na produkty apteczne i kosmetyki dla dzieci. Powód jest prosty – skład. Zwłaszcza w przypadku tych drugich jest on niezwykle ważny. Delikatna skóra bobasków nie zniosłaby barwników, konserwantów, olejów mineralnych i innych chemicznych dodatków, którymi swoją skórę namiętnie raczą dorośli. Kosmetyki dla niemowląt i małych dzieci zazwyczaj mają bardzo krótki i piękny skład – naturalne składniki, brak dodatku alkoholu, parabenów i barwników. Dla mnie bajka. Zaczęłam je stosować ładnych kilka lat temu, kiedy byłam już naprawdę zmęczona testowaniem kolejnego balsamu do ciała, który już na pewno, na 100% miał być mega nawilżający, kojący i w ogóle działający. Ale nie był. I znowu wysuszył i podrażnił mi skórę. Dlatego zwątpiłam w obietnice na etykietach kosmetyków dla dorosłych i sięgnęłam na półkę z kosmetykami dla niemowlaków. Wybór padł na mleczko Nivea Baby. To było moje odkrycie roku. Skóra nagle się uspokoiła, była nawilżona. Poczułam prawdziwy komfort, a to wszystko dzięki kosmetykowi dla bobasów. Kto by pomyślał? Dlatego teraz nie daję się zwieść obietnicom producentów kosmetyków. Sprawdzam skład „dorosłych kosmetyków” i porównuję ze składem balsamów dziecięcych. Wygrywają zawsze te drugie. Pielęgnacja mojej wrażliwej skóry już nie jest wielkim wyzwaniem. Moje wewnętrzne dziecko jest szczęśliwe 😉 źródło obrazka:...

Garnki mojej mamy

Przez w Sty 20, 2015 w Moja uroda | 0 komentarzy

Każde dziecko ma wspomnienia z dzieciństwa związane z jedzeniem. Wiele osób źle wspomina potrawkę z przedszkola, rozwodniony kisiel czy zupy mleczne, na szczęście jednak częściej pamiętamy ulubione potrawy, jakie jedliśmy w rodzinnym domu przygotowywane przez mamę czy babcię. Zapach domowych obiadów to niewątpliwie jedno z najpiękniejszych wspomnień z dzieciństwa. Do tego ciasto pieczone w każdą sobotę – tak, zdecydowanie są to chwile, które często przywołuję chcąc poczuć tę wyjątkową błogość i szczęście. Część moich wspomnień związana jest również z garnkami mojej mamy: stalowymi, porządnymi, dzięki którym można było gotować bez soli. Pamiętam, jak pewnego dnia znajoma mamy zrobiła w domu pokaz, wrzucając do takiego garnka różnego rodzaju warzywa i dolewając trochę wody – i nic więcej, tyle. Po niespełna godzinie oczekiwania w napięciu dorwaliśmy się do tej cud potrawy z niczego i dokonaliśmy niesamowitego odkrycia – warzywa mają smak! Nie dzięki przyprawom, soli ani żadnym innym dodatkom chemicznym czy nawet naturalnym. Tak same z siebie są po prostu pyszne. To chyba przekonało mamę, bo niedługo po tym w domu pojawiły się piękne, stalowe, magiczne garnki. W niedzielę mieliśmy duszonego kurczaka, w tygodniu sosy i inne cuda, które niemalże robiły się same. Pamiętam tylko etap wkładania produktów do garnka i wyjmowania gotowej, pysznej potrawy. Teraz wiem, że garnki to jednak podstawa dobrej kuchni, dlatego marzę o swoich stalowych pięknościach. Widziałam, co potrafią garnki Philipiak, oglądałam nawet recenzję, czytałam opinie. To są cuda dla mnie. I kiedyś będę je mieć, wyczarowując potrawy, które będą miały swój wyjątkowy, niepowtarzalny smak. źródło obrazka:...